Z POLSKIM AZYMUTEM

To jest spinacz

Karl-Markus Gauss, świetny austriacki eseista i reporter, znawca europejskich mniejszości narodowych, podróżnik po Europie i po historii, stworzył własny gatunek literacki, będący połączeniem reportażu i eseju, analizy politycznej, refleksji filozoficznej i wbudowanej w historyczną perspektywę opowieści, której język jest lekki, cięty i jednocześnie pełen ciepła – ciepła wobec słabszych, wobec ginących mniejszości narodowych Europy, wobec europejskich pariasów.

Polskiemu czytelnikowi Gauss znany jest z dwu książek: Psożercy ze Svini i Umierający Europejczycy, wydanych w ostatnich latach przez Wydawnictwo Czarne. Pod koniec stycznia Czarne opublikowało kolejną książkę tego autora, a mianowicie Europejski alfabet, którą można usytuować pomiędzy obcojęzycznymi rozmówkami a opowiastką filozoficzną. Gauss, jeżdżąc po Europie, z dużą wnikliwością przygląda się jej narodom oraz charakterystycznym dla europejskich nacji słowom, będącym esencją ich mentalności i specyficznych zachowań, a także słowom, można powiedzieć, paneuropejskim czy nawet ogólnoświatowym, jak na przykład dysydent, Bałkany, parytet. Ma po temu znakomite przygotowanie nie tylko w sensie erudycyjnym, ale i genetycznym – jego rodzina pochodziła z Wojwodiny, tygla wielu nacji, mieszkali tu bowiem Węgrzy, Serbowie, Niemcy, Słowacy. Jedna z babek Karla-Markusa Gaussa była Serbką, dziadek ze strony matki Słowakiem, ojciec natomiast był Niemcem, a brat ojca uznawał się za Węgra. „Tam [w Wojwodinie] nie zawsze ideologia decydowała o świadomości etnicznej, czasem przypadek” – mówił Gauss podczas swojego pobytu w Polsce w 2006 roku.

Rzecz jasna, przede wszystkim odszukałam w spisie treści odniesienia do języka polskiego i, co specjalnie nie zaskakuje, znalazłam rozprawkę na temat naszego narodowego wulgaryzmu, którego nie ma co tutaj przytaczać, albowiem słowo to jest powszechnie znane, nawet wśród najszacowniejszych obywateli; ba, swego czasu stało się ono słowem „parlamentarnym”, żeby wspomnieć słynne pytanie marszałka sejmu Józefa Zycha: „Gdzie jest, ku…, ta laska?”.

Kiedy wiele lat temu po miesięcznej nieobecności w kraju nostalgia, a przede wszystkim brak polskiej mowy dokuczały mi już bardzo, pierwszym polskim słowem, które usłyszałam na peronie w Katowicach, wysiadłszy z międzynarodowego pociągu, była rzucona przez kogoś w tłoku „ku…”. Proszę mi wierzyć, był to wówczas miód dla moich uszu, pomyślałam z ulgą: „Polska, wreszcie Polska i język polski”. Dzisiaj słowo to nie jest już przypisane do polskiego terytorium i obcokrajowiec wybierający się do nas a używający „ku…” jako azymutu, może wylądować na przykład w Dublinie lub Londynie: po Internecie krąży zabawny filmik, w którym kierowca samochodu jadącego ulicami brytyjskiej stolicy rozmawia z kimś przez komórkę po angielsku i co chwilę wtrąca znajome nam słowo…

Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że w Alfabecie znajdę inne charakterystyczne dla nas wyrażenia, na przykład hasło „ciemnogród” i uczciwe, z dystansu cudzoziemca, przenicowanie tego słowa, bo przecież w „ciemnogrodzie” (i w tym: „Wstydzę się za Polskę”, niejednokrotnie deklarowanym przez ludzi, którzy liznęli zagranicy), a więc w „ciemnogrodzie”, który jest określeniem kołtuństwa, nietolerancji i ograniczonych horyzontów jest jednocześnie pogarda, którą Polacy bardziej lub mniej świadomie żywią wobec samych siebie. Sygnalizuje to stopień spustoszenia kulturalnego i duchowego, które pozostawił po sobie poprzedni reżim w swojej „polskiej kolonii”.

Pozostając przy słowach żywo dotyczących Polski, które znalazły się w „europejskim słowniku” jako pojęcia międzynarodowe, zwróćmy uwagę na określenie „dysydent” przyciągające uwagę czytelnika. Słowo to pojawiło się po raz pierwszy w uchwale konfederacji warszawskiej z roku 1573 – pisze Gauss – gdzie „Pax dissidentium”dotyczyło grupy chrześcijan, którzy mogli szukać swojego Boga i czcić go poza Kościołem katolickim. Później termin ten dotarł do Anglii i „dissenters” oznaczało wspólnotę ludzi, którzy chcieli żyć poza społeczeństwem, tworząc wielką rodzinę indywidualistów i nonkonformistów”. Najnowsze dzieje dysydentów rozegrały się na Wschodzie, w ZSSR i państwach satelickich. Po fazie heroicznej i latach niezłomnego oporu wobec dotkliwych szykan systemu niespodziewanie spadły na dysydentów krótkie miesiące, kiedy to mogli zastosować swoje idee w rzeczywistości i już nie analizować, przeciwstawiać się czy niszczyć upadającą władzę, ale tworzyć nową. Niektórzy dysydenci, zauważa Gauss, okazali zaskakujący talent i gotowość do pojednania się z nią – ma się rozumieć, nie z tą konkretną, wczorajszą, skorumpowaną, ale w pewnym sensie z samą zasadą władzy, z dobrą, błogosławioną, rzekomo skrojoną na miarę człowieka władzą, która dziś wykuwa się w ogniu żarliwych buntów, a już następnego dnia jest wystygła i twarda (…) Wszędzie, gdzie dysydenci weszli do kasty polityków, zaskakująco rzadko wyróżniają się w niej swoimi dawnymi cnotami, z reguły trudno jest ich zidentyfikować, podobni są do swych partyjnych towarzyszy jak dwie krople wody, tak samo głupi, tak samo sprytni jak oni.

ciąg dalszy TUTAJ

Mira Kuś

Comments are closed.

error: Content is protected !!