TAM GDZIE RODZI SIĘ SŁOWO
(O pisarstwie Herty Mueller)

Oddech jest męką, spojrzenie jest męką, słowa są męką, milczenie jest męką, nawet „szczęście w głowie”, które odczuwa się podczas jazdy motocyklem przez kukurydziane pola jest szczęściem, które dławi. Zimna, mglista pogoda przygnębia i tłamsi, ale pełen udręki jest także upalny, letni dzień. Przytłacza deszcz i śnieg, odbiera oddech mgła i odbiera oddech gorące słońce. Nigdzie lekkości, nigdzie nadziei, nigdzie odrobiny beztroski, a jeśli śmiech, to taki, pochodzący z dna goryczy, taki, że nie wiesz czy to śmiech, czy to rzężenie. Jeśli czasem z opisu wyłoni się obraz ciepłego, południowego kraju z bezchmurnym niebem i zamajaczy nadzieja na odrobinę wytchnienia, zaraz zakrztusi się ona białym, rozpalonym piaskiem, podniesionym właśnie przez wiatr z drogi upalnego i suchego Południa, aby sypnąć nim w twarz czyjejś samotności. W oczy czyjegoś lęku, błąkającego się po pustych drogach, po pustych, chociaż ludnych ulicach. Samotność i nieufność, które tkwią w żywych są tak dojmujące, że stwarzają przepaść między jednym człowiekiem a drugim. Zewsząd zieje pustka. Samotni i pełni lęku są wszyscy- gnębieni i gnębiciele, śledzeni i śledzący, ci, na których się donosi i donoszący. Panicznie boi się także dyktator. Boi się swoich zaufanych współpracowników, towarzyszy partyjnych, boi się swojego narodu. Boi się nawet „szczerości” przyrody- na trasie przejazdu tyrana jesienią żółte liście farbowane są na zielono. Im bardziej się boi, tym jest okrutniejszy. Jak to przetrwać, jak przeżyć? Ludzie są na wpół martwi. Właściwie przypominają zombies, ślepe ciała owładnięte instynktownym, nieopanowanym lękiem i pożądaniem. Aż dziwne, że mają imiona; że mają jakieś domy, z których pochodzą, że miewają miejsca, do których wracają.
Czas właściwie nie płynie, najczęściej niemrawo kręci się wokół osi jak jakiś dziwaczny lokalny wir; albo leży; bezsilny, zaszczuty, najwyżej obracając się z boku na bok, po to, żeby przed oczami znaleźć tę samą ścianę.
Czytanie Herty Mueller jest jak założenie sobie pętli na szyję i obserwowanie swoich reakcji. Bezwzględne przyglądanie się ostatnim uczuciom, ostatecznym spostrzeżeniom, które napływają do głowy w chwilach oczekiwania na nieubłagany moment usunięcia się ziemi spod stóp. Bardzo trudno zachować dystans wobec czytanego tekstu; w pewnym momencie czytelnik łapie się na tym, że cały tkwi w emocjonalnym świecie pisarki. Bo Mueller nie analizuje przyczyn ani nie tłumaczy mechanizmów, Mueller przede wszystkim chce dać świadectwo. Rzadko używając czasu przeszłego, nie uciekając się do rozbudowanej refleksyjnej narracji pokazuje uczucia in statu nascendi, przedstawia to, co człowiek w danej chwili czuje, jak widzi i myśli, żyjąc w świecie przemocy i terroru, w świecie wszechogarniającego lęku i braku nadziei.
Gdy strach i ból stają się nie do zniesienia, emocje instynktownie zmieniają znak i pojawia się ich przeciwieństwo: zapiekła twardość, czasem wręcz brutalność, język chłodny i precyzyjny jak skalpel na otwartym „sercątku”- tak pisarka początkowo nazywała instynkt życia (później dziecinne „sercątko”, słowo używane przez babcię pisarki, przechodzi w „króla”, tego, który „się kłania i zabija”). A gdy komuś brak na to sił i odwagi, pozostaje samobójstwo lub ucieczka w alkoholizm albo seks; bo trudno powiedzieć- w miłość, świat ludzi jest u Mueller przesiąknięty seksem; seksem traktowanym jako środek odurzający, środek na zapomnienie a także jako waluta, którą można wkupić się do kręgu ludzi lepiej zarabiających, opłacić graniczny przemyt czy dostać za nią odrobinę żywności- w krzakach nad rzeką „zarobić” na przyniesione w teczce zawiniątko najpośledniejszych ochłapów dopiero co ukradzionych w zakładach mięsnych. Seks jest także znakomitym narzędziem do manipulowania ludźmi, wykorzystywania ich strachu i wstydu, do poniżania ich, tak że nawet trudno powiedzieć, iż świat ludzi upodabnia się do świata zwierząt. Seks jest tutaj ponury i przygnębiający, podobnie jak alkoholizm, którym dotkniętych jest wiele osób z opowieści Herty Mueller.
W Polsce książki tej rumuńsko-niemieckiej pisarki wychodzą w odwrotnej kolejności niż zostały napisane. I bardzo dobrze, bo Mueller weszła na nasz rynek późnym „Sercątkiem” (z r.1994)i zbiorem esejów „Król się kłania i zabija” (z r.1997). W utworach tych osiąga ona językową maestrię a efekt jest piorunujący- Herta Mueller należy do tych nielicznych pisarzy, których każdy z nas może policzyć na palcach jednej ręki, tak wyrazistych, tak odkrywczych i tak prawdziwych, że po jednej książce zapamiętuje się ich na całe życie. Ostatnio wydane, a napisane około dwadzieścia lat temu „Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie” czy „Niziny” mimo niewątpliwych zalet plasują się nieco poniżej językowego szczytu Mueller; trochę irytuje w nich maniera polegająca na powtarzaniu tego samego podmiotu w wielu następujących po sobie zdaniach. Zapewne chodzi o uzyskanie efektu wyobcowania osoby, o której mówi tekst, ale kwestię tę można rozwiązać znacznie lepiej, co zresztą sama Mueller pokazuje w swoich późniejszych książkach. Nie będzie też zaskoczeniem konstatacja, że tymi obsesyjnie powtarzanymi imionami, z którymi trudno sobie poradzić i o które tekst się rozbija są „ojciec” i „Windisch” (którego powieściowa biografia i cechy osobowościowe nieodparcie przywodzą na myśl ojca pisarki)…
Język Herty Mueller (z okresu jej dojrzałości pisarskiej) jest precyzyjny, oszczędny, twardy, nazywający rzeczy po imieniu, można by powiedzieć, że wręcz okrutny, lecz jednocześnie jest on bardzo czysty, dźwięczący prawdą, bez jednego fałszywego tonu. A przy tym jest to język poezji i magicznych znaczeń. Takiego bezwzględnego języka może użyć tylko odważna chłopska córka, wychowana w gospodarstwie wiejskim i przyuczona do bezwzględnych zapasów z naturą, której trzeba wydrzeć plon , gdzie nie ma miejsca na strzępienie języka po próżnicy i gdzie na ogół nie ma miejsca na sentymenty; biorąc chociażby stosunek do zwierząt- nie są one domowymi ulubieńcami, lecz służą albo do pracy, albo do zarżnięcia. I jednocześnie takiego magicznego, poetyckiego języka może użyć tylko znakomita pisarka, która dzieciństwo spędziła na wsi i nasiąkła przyrodą, która nie tylko zwyczajnie, rozumowo wie, ale której ciało posiadło intuicyjną wiedzę o tym gdzie kolba kukurydzy ma swój korzeń, skąd czerpie soki liść wiszący na drzewie i podobnie: gdzie rodzi się słowo.
Jednakże duszna atmosfera, która tłamsi wszelkie kolory i sprawia wrażenie, że opisywany świat jest bezbarwny, szary i zakurzony to już „zasługa” totalitaryzmu i ciążącej na Hercie Mueller zmazie z powodu ojca esesmana, zapijającego swoją pamięć o przeszłości. Kolor, który na obrazie, także tym „malowanym” piórem, jest reprezentantem emocji, w prozie tej jest w zasadzie nieobecny, pomimo odwoływania się doń, tu i ówdzie, przez pisarkę. Świat ludzi zgnębionych strachem i terrorem jest światem lęku i beznadziei, pogrążającym się w coraz ciemniejszych odcieniach szarości światem depresji i nerwicowych reakcji. Toteż pojawiające się czasem wobec autorki „Dzisiaj wolałabym siebie nie spotkać” zarzuty, iż uporczywie tkwi w odległej przeszłości totalitarnego państwa, przeszłości, która współczesnemu czytelnikowi jawi się jako odległa kraina księżycowa, są naiwne- proza ta jest równie dobrym dokumentem życia w państwie rządzonym przez tyrana, jak i metaforą świata ciężkiej nerwicy i depresji, chorób cywilizacyjnych rozprzestrzeniających się w szybkim tempie, a będących, w skrócie, odpowiedzią na okrucieństwo otaczającego świata.
A poza tym, czy naprawdę czas rozgrywający się w powieściach Mueller, to czas miniony?
W jednym z esejów ze zbioru „Król się kłania i zabija” autorka pisze:
„W Rumunii, w Timiszoarze, gdzie mieszkałam aż do wyjazdu z kraju, jest dzisiaj wielka fabryka przetwórstwa owocowego. Właścicielem jest mężczyzna aresztowany wtedy w Berlinie z powodu przyjmowanych przez niego zleceń morderstw. „Wietrzny” z „wtedy” jest dzisiaj jednym z przedsiębiorców, bankierów, polityków, profesorów, którym pozycja w czasach dyktatury umożliwiła wykorzystanie kapitału i wpływów przy starcie do gospodarki rynkowej. Ówcześni naganiacze strachu prowadzą kraj do Europy”.
Mira Kuś
Całość w miesięczniku „Znak” (w poprzedniej wersji)