JAK I PO CO CHRZĄSZCZ BRZMI W TRZCINIE?

 

Dwa chrząszcze

Książeczka, o której chcę napisać, traktuje o „mowie” naszych mniejszych braci. Piszę „książeczka”, bo jest ona niezbyt duża, niezbyt gruba i niezbyt ciężka w podwójnym rozumieniu tego słowa. Skierowana jest do dorosłych, którzy pragną poszerzyć swoje horyzonty, i do nastoletnich „uczonych”. Zwracam uwagę na Mowę zwierząt, rozpoczynającą serię „Scientific American i Focus”, bo mam nadzieję, że ów pomysł wydawniczy wypełni lukę pomiędzy „ciężkimi”, mniej-popularno-więcej-naukowymi książkami a landrynkowymi powieściami dla młodzieży. Filozofujący dziesięciolatek o zacięciu przyrodniczym w księgarniach znajduje dla siebie niewiele. Owszem, takich nastolatków – z naszej winy – nie jest dużo, toteż chwalę tutaj inicjatywę wydawnictwa Prószyński i S-ka. Może chociażby odrobinę trudniej nam będzie stępić wrażliwość i ciekawość świata naszych dzieci?

Właściwie chyba dopiero wtedy, gdy obserwujemy zwierzęta, uderza nas ogromny wpływ ludzkiego języka na nasz sposób myślenia. W jakiej mierze (jeśli to w ogóle możliwe) jesteśmy w stanie pamiętać wydarzenia, które nastąpiły, zanim poznaliśmy słowa opisujące te wydarzenia? Nasza zdolność do symbolicznego ujmowania rzeczywistości w miarę nauki języka wzrasta tak szybko, że mamy skłonność do zapominania o różnicy między symbolem a rzeczywistością. Nasz język to my. Nic zatem dziwnego, że o porozumiewaniu się zwierząt myślimy w kategoriach języka ludzkiego.

Do czego może prowadzić tendencja uznawania naszego języka za najważniejszy, powie następująca historia. Był sobie koń o imieniu Hans i jego ambitny właściciel, który postanowił, że nauczy swego podopiecznego podstaw arytmetyki. Jak postanowił, tak i zrobił. Po pewnym czasie pojętny Hans potrafił odejmować liczby dwucyfrowe, grzebiąc przednią nogą tyle razy, ile wynosił wynik. Hans mylił się rzadko. Potrafił nawet odpowiadać na pytania osób postronnych, nie widząc swego trenera. Znalazło się jednak dwóch niedowiarków, którzy na jednym z pokazów przeprowadzili test, który miał „rozłożyć” konia. Treść zadania znali tylko dwaj testujący (chodziło o to, żeby ani trener, ani nikt z widzów nie mógł podpowiadać), no i koń. Hans, któremu jeden z przeprowadzających eksperyment mężczyzn wyszeptał polecenie do ucha, a następnie usunął się z pola widzenia, udzielił prawidłowej odpowiedzi! Kiedy jednak następnym razem szepczący postawił przed Hansem zadanie, którego treści nie znał nikt inny, nawet drugi testujący, koń, straciwszy z oczu (tak jak i poprzednio) mężczyznę zadającego pytanie, zaczął się mylić i „strzelać” na oślep, grzebiąc kopytem najdziwniejsze odpowiedzi.

Na czym polegała „tajemnica” Hansa? Koń, owszem, nauczył się rozumieć, ale nie ludzką mowę, lecz mowę ludzkiego ciała. Dotąd tupał nogą w odpowiedzi, dopóki język ciała trenera, ba, przypadkowego widza znającego odpowiedź, nie przekazał mu (w tym drugim wypadku – bezwiednie) informacji, że osiągnął właściwą liczbę tupnięć. Konia Hansa, mistrza nad mistrzami w rozumieniu języka ciała, ludzie nazwali „oszustem” (co mówiono o trenerze nie będę tutaj przytaczać). O, ludzka pycho! O, ludzki egocentryzmie!

ciąg dalszy TUTAJ

Mira Kuś

Comments are closed.

error: Content is protected !!